Globalny lider: serce zdolne objąć świat cz.2
Przed wami druga część artykułu o prawdziwym przywództwie. Temat jest popularny, ale my chcemy kopać głębiej.
Dziś niemal z każdego źródła krzyczy się o sukcesie i o tym, „jak stać się najlepszym”. My zaś patrzymy na przywództwo nie płasko, lecz z punktu widzenia sensu i wewnętrznej treści tego pojęcia. Co więcej, porwałyśmy się na jeszcze bardziej zapalne pytanie: co znaczy być prawdziwym liderem?
Dziś będziemy szukać głębszych odpowiedzi na takie tematy:
- Wielcy liderzy — kim są i dla czego żyją
- Rodzicielskie serce jako klucz do prawdziwego przywództwa
- Czyje to brzemię — być liderem?
- Przywództwo w XXI wieku
- Wniosek: lider to nie formalne stanowisko, lecz stan wewnętrzny
- Bonus: kino jako podręcznik przywództwa
Wielcy liderzy — kim są i dla czego żyją
„Być człowiekiem” — to główne kryterium przywództwa. W moim zespole może być bardziej profesjonalny barista — i będę się tylko cieszyć, że „uczeń przerósł mistrza”. Znam niuanse swojej niszy, ale najważniejsze jest to, że znam daty urodzin moich ludzi, którzy poświęcają sprawie swój czas i swoje życie. Mogłabym gonić za większymi zyskami, ale rozumiem, że wzrost ma być stopniowy, a mój produkt ma zachować jakość. A w razie trudności czy kryzysu będę szukać sposobów, by zachować zespół, a nie większy utarg, bo pieniądze zarobić łatwiej, niż zbudować zaufanie.
Wygląda idealistycznie. Gdzie znaleźć takiego lidera albo tak uczciwy zespół? Ale co przeszkadza wam samym być taką osobą? Gdy tylko pytanie o formalne czy prawdziwe przywództwo staje się osobiste, życie przestaje być zbiorem zdarzeń — staje się procesem codziennego wyboru „kim jestem”.
Każdego dnia „sadzimy ziarna” w swoim życiu — swoje intencje, cele, decyzje. Możemy „zasadzić drzewo” na własnym „podwórku”, tworząc przestrzeń komfortu, bezpieczeństwa i osobistego dobrobytu, a możemy wybrać miejsce, gdzie jego owoce staną się odpowiedzią na potrzebę innych ludzi, gdzie będą miały znaczenie nie tylko dla nas, ale i dla świata.
I wtedy pytanie nie brzmi już, jaki dokładnie cel wybieramy, lecz gdzie i po co go realizować, bo to samo działanie może przynieść zupełnie inny rezultat w zależności od tego, czy jest skierowane wyłącznie na siebie, czy wykracza poza to, co osobiste, i staje się częścią czegoś większego.
Świat, w którym żyjemy, nieustannie przypomina nam o tej różnicy przez kontrasty: w jednych krajach ludzie nie mają dostępu do podstawowych zasobów, takich jak woda czy jedzenie, podczas gdy w innych te same zasoby bywają w nadmiarze i nawet tworzą problemy; gdzieś bogactwa naturalne leżą wprost na powierzchni i można je łatwo wykorzystać, a gdzie indziej płaci się za nie niezwykle wysoką cenę, czasem nawet życiem; w jednych miejscach są możliwości, ale brakuje technologii, w innych są technologie, ale nie ma warunków do ich zastosowania.
Znów pojawia się pytanie o niewygodnej treści: czy problem naprawdę tkwi w braku zasobów, czy może w braku ludzi gotowych wziąć na siebie odpowiedzialność za ich właściwe wykorzystanie i sprawiedliwy podział?
W ten sposób stopniowo dochodzimy do szerszego rozumienia przywództwa — a mianowicie do myślenia globalnego lidera. Nie ogranicza się on ramami własnego kraju, kultury czy osobistego komfortu, lecz zaczyna widzieć świat jako przestrzeń swojej odpowiedzialności, jako miejsce, w którym jego zdolności i jego serce mogą być potrzebne. Potrafi wyobrazić sobie siebie w różnych punktach tego świata — tam, gdzie ludzie zmagają się z biedą, tam, gdzie trwają konflikty, tam, gdzie ludzie są zmuszeni przetrwać w trudnych warunkach.
A jeśli sprawdzić się jeszcze szczerzej, można postawić kolejne nieprzyjemne pytanie: czy wybieram swoją drogę, kierując się tym, gdzie jestem najbardziej potrzebna, czy tym, gdzie jest mi najwygodniej?
W tym miejscu staje się oczywiste, że wiedza, wykształcenie, języki, kariera — wszystko to, co przywykliśmy uważać za klucz do sukcesu — są jedynie narzędziami, które same w sobie nie czynią człowieka liderem, bo można mieć to wszystko i jednocześnie pozostawać obojętnym na to, co dzieje się wokół. Tu pojawia się kolejne fundamentalne pytanie, które uderza w ego: czy po prostu istniejesz, żeby jeść i spać, czy żyjesz dla czegoś większego?
Rodzicielskie serce jako klucz do prawdziwego przywództwa
Jakie macie relacje z rodzicami? To bardzo osobiste pytanie, które nieelegancko pozwolę sobie zadać, bo siedzę po drugiej stronie ekranu i nie oczekuję osobistej odpowiedzi. Dlaczego o to pytam? Chcę otworzyć dyskusję: kim jest dobry ojciec? Albo dobra matka? Uprzedzę fakty: to życiowo konieczne — określić, jak zachowuje się dobry ojciec czy dobra matka. I chcę spróbować odpowiedzieć.
Dobry ojciec (matka) nie pyta siebie codziennie, czy chce nieść odpowiedzialność. Nie ocenia, czy to jego poziom. Nie odkłada troski na później — po prostu bierze i niesie. I właśnie w tym przejawia się ten sam Shimjon jako głębokie pragnienie kochania, troszczenia się, ochraniania i dawania — bez liczenia, bez mierzenia, bez stawiania warunków. Serce rodziców to serce bezwarunkowej miłości. Tak powinno być i, niestety, nie zawsze tak jest, ale to nie zmienia faktu, kogo nazywamy dobrymi rodzicami. To trudno osiągalny i niewidzialny wzorzec, na drodze do którego ludzie często popełniają bolesne błędy, ale wciąż pozostaje on wzorem do naśladowania.
Czy zatem dobry lider to człowiek z rodzicielskim sercem, który ma „wielkie” cele? Wszystko, co napisano wyżej, ładnie prowadzi do tego wniosku. Odkrywamy koncepcję przywództwa nie jako relacji „pan — sługa”, lecz jako „rodzice — dzieci”. Wyższy poziom miłości w relacjach — jak do najbliższych — może rozwiązać problemy wielu organizacji i zespołów. Dobry ojciec nie będzie wybierał ulubieńca, lecz będzie dążył do sukcesu każdego dziecka. Dobry ojciec nie zrobi z jednego winnego wszystkiego, lecz uwzględni wszystkie pretensje i życzenia i pomoże zespołowi dojść jeśli nie do kompromisu, to do konsensusu. Wytłumaczy stronie „niesłusznej”, w czym błądzi, a „słusznej” — dlaczego nie warto szczycić się swoją racją. Dobry ojciec przejmie się trudnościami, z którymi mierzy się zespół, bo — jak napisano w pierwszym przykładzie artykułu — „błędy pracowników to również odpowiedzialność systemu, który stworzył sam kierownik”.
Chciałabym też zaznaczyć jedną bardzo ważną cechę, którą ludzie w sobie wypracowują, stając się rodzicami: cierpliwe serce. W istocie to ten sam humble, tylko już nie w pozycji obiektu, lecz w pozycji podmiotu. Dla rodziców jest to życiowo konieczne, bo gdy małe dzieci rosną, potrzeba nie lada cierpliwości, aby je nauczyć. A potem nastaje okres dojrzewania — i to nowe wyzwanie dla tolerancji, bo rodzice muszą z pokornym, kochającym sercem przyjmować skargi, chwiejne emocje i niestałość nastolatków. A dla rodziców dorosłych dzieci to już trening najwyższego poziomu. To osobna sfera relacji, bo budujesz już relację z kimś całkowicie niezależnym i samodzielnym, a przy tym jako rodzic masz pozostać w pozycji starszego i kochającego. Mimo najcięższych i najboleśniejszych upadków i rozczarowań — twoich lub twojego najukochańszego dziecka — masz iść dalej i kochać.
W relacjach rodziców i dzieci trenujemy najwyższy poziom zaufania, bo uczymy się żyć dla innych, uczymy się budować zdrową hierarchię — rodzice bowiem zdobywają szacunek kolosalnym sercem miłości i niezmiennym nastawieniem. Gdy tylko rodzice zaczynają negatywnie lub agresywnie domagać się szacunku, fundament się kruszy, bo w relacjach z dziećmi nie da się grać według zasad dyktatury czy totalitaryzmu. Tak samo jest z dobrym liderem: jeśli znajdzie sposób, by zbudować ze swoim zespołem pierwotne relacje na poziomie rodziców i dzieci, taka organizacja z pewnością będzie rozkwitać.
Czyje to brzemię — być liderem?
Jeśli być szczerym do końca, staje się jasne, że największy problem często polega nie na tym, że nie wiemy, co robić, lecz na tym, że nie chcemy brać na siebie więcej, niż to konieczne, bo odpowiedzialność to wysiłek, wyjście poza to, co znane, gotowość na spotkanie z nieznanym. Właśnie dlatego tak często mówimy sobie rzeczy, które brzmią logicznie, a nawet przekonująco: „to nie dla mnie”, „nie chcę być liderem”, „wystarcza mi to, co mam”.
Ale jeśli się zatrzymać i spojrzeć na to uczciwie, pojawia się pytanie: czy to prawdziwe granice naszych możliwości, czy tylko strach, który nauczyliśmy się ładnie tłumaczyć?
Może po części wiąże się to z kulturą, ze środowiskiem, w którym dorastaliśmy (postkomunistyczna Ukraina), gdzie uczono nas nie wychylać się, być jak wszyscy, nie brać na siebie zbyt wiele, pozostawać gdzieś pośrodku, tak jakby to była najbezpieczniejsza droga. I rzeczywiście, ta droga może wydawać się stabilna i przewidywalna, ale jednocześnie stopniowo wycisza to, co najważniejsze — pragnienie, wolę, dążenie do czegoś większego, i wtedy życie staje się niby normalne… ale nie żywe.
Czy zatem liderem ma zostać ktoś wyjątkowy, ktoś „urodzony pod gwiazdą króla”? Bywa, że los przygotowuje centralne postacie historii, które czasem nie są szlachetnej krwi, ale wydają się naprawdę „wybrane przez Niebo”. Czy zwykły obywatel może zostać prezydentem? Wydawałoby się, że raczej nie. Ale znowu: czy młody komik Zełenski mógł sobie wyobrazić, że kiedyś przyjdzie mu z pozycji lidera utrzymywać Ukrainę na powierzchni, broniąc jej przed agresją zbrojną?
Jeśli jednak znów wrócimy do głębokiego znaczenia pojęcia „lider”, niespodziewanie dojdziemy do wniosku, że liderem ma zostać każdy. I nie chodzi o to, że „co, wszyscy mamy zostać prezydentami?”. Chodzi o ten głęboki sens: lider to nie stanowisko, lecz stan. Bo być liderem, czyli brać na siebie odpowiedzialność, umieć przyznawać się do błędów, troszczyć się z miłością o obiekt — to wszystko nie dotyczy zewnętrznej pozycji, lecz cech wewnętrznych.
Dlatego tak czy inaczej każdy z nas ma stać się w swoim życiu liderem: co najmniej liderem własnego życia, a z czasem i liderem swojej rodziny, a jeśli głębiej — to liderem swojego rodu, liderem w pracy albo dla młodszych i tak dalej. Wiecie przecież, jaką drogę przechodzą lekarze? Szczyt kariery lekarskiej to nie najwyższa pensja. Najpierw jesteś stażystą, który obserwuje pracę chirurga, potem sam jesteś praktykującym chirurgiem, a w końcu jesteś chirurgiem, który uczy stażystów prawidłowo przeprowadzać operacje. Droga nauczycielstwa, która swoją strukturą społeczną odzwierciedla drogę rodzicielstwa, to nieunikniona droga wzrostu człowieka.
Każdy z nas musi zająć swoje położenie — czasem z konieczności, a czasem z własnej inicjatywy. I stać się człowiekiem epoki naprawdę można; główne pytanie brzmi: jaki jest mój cel na drodze przywództwa? Może zostaniecie bohaterem narodowym, a może zdrajcą; może znanym biznesmenem, a może przestępcą; a może będziecie po prostu najlepszym tatą czy mamą na świecie. Innych alternatyw nie chce się wymieniać, gdy pytanie dotyczy rodziny. A jeśli spojrzeć na świat szerzej, tak samo boli serce i o zdradzony kraj, i o wystawionych przyjaciół. Tak czy inaczej, ważne jest, by rozumieć, że historię budują ludzie, a każdy, kto czyta te słowa, jest czasem małym trybikiem, a czasem wielkim mechanizmem — i obydwa podtrzymują pracę całego systemu i wnoszą swój niepowtarzalny wkład. Pozostaje tylko zrozumieć, według jakich zasad żyć, aby przeżyć to życie szczęśliwie.
Przywództwo w XXI wieku
Czy ludzie odkryli coś nowego w pojęciu przywództwa w XXI wieku? Wydawałoby się, że zasady przywództwa — jak prawa ekonomii, polityki, etyki — pozostaną niezmienne przez tysiąclecia. Ale czy naprawdę są niezmienne? Nie możemy przecież powiedzieć tego o ustrojach politycznych: świat, który wcześniej żył według zasad podboju, niewolnictwa i imperializmu, powoli, lecz pewnie zaczął dochodzić do demokracji i wartości człowieka.
Z biegiem czasu, a przede wszystkim wraz z rozwojem społeczeństwa, ludzkość dochodzi do zrozumienia, jak wygląda prawdziwy lider. A ściślej: jaki powinien być, ludzkość odkryła już dawno (znani działacze duchowi) — ale największe rozpowszechnienie idee zdrowego przywództwa zyskały w epoce online, gdy informacja w jednej chwili może dotrzeć z jednego zakątka świata do drugiego. Dziś nie trzeba nawet wychodzić z domu, bo dostęp do największych bibliotek świata możecie mieć wprost w swoim laptopie.
Żyjemy w epoce „untact” — czasie, gdy fizyczny kontakt między ludźmi jest ograniczany do minimum. Po pandemii i rozwoju formatów online model ten tylko się umocnił: ludzie coraz częściej pracują zdalnie, nie przychodząc do biura.
W firmach rośnie dążenie do większej swobody, co podnosi kwestię zaufania do pracowników. Ponieważ w epoce „untact” ludzie często nie chodzą do pracy, lecz pracują z domu, daje im to więcej samodzielności i podmiotowości w podejmowaniu decyzji. Jeśli w firmie nie ma takiego zaufania do ludzi, nie może ona w takich warunkach ani skutecznie zarządzać, ani pracować.
Dlatego dziś organizacje coraz częściej zastanawiają się, czy mogą ufać ludziom i jak zapewnić odpowiedzialną, samodzielną pracę. Nawet po wejściu w epokę „untact” pozostaje otwarte pytanie: jak pracować samodzielnie, zachowując poczucie odpowiedzialności.
Właśnie dlatego coraz częściej mówi się, że ludzie potrzebni w tej epoce „untact” to — mówiąc prosto — liderzy. Uważa się, że w takich warunkach potrzebni są ci, którzy potrafią sami wykonywać swoje obowiązki, nawet jeśli nikt ich nie kontroluje.
Ale to nie jest to przywództwo XX wieku, które przywykliśmy sobie wyobrażać: charyzmatyczny, autorytarny lider, który nie słucha innych i za słuszne uważa wyłącznie własne zdanie. Przywództwo XXI wieku jest inne — to człowiek, który ma własne zdanie, bierze odpowiedzialność, radzi się innych, znajduje harmonię i potrafi dobrze współpracować.
Wniosek: lider to nie formalne stanowisko, lecz stan wewnętrzny
Wracamy więc do myśli, która już poruszyła nasze uczucia: każdy z nas już jest liderem, niezależnie od tego, czy to uznajemy, czy nie, bo każdy ma swoją rolę, swoją strefę odpowiedzialności, i to właśnie stosunek do tej roli określa, kim jesteśmy — prawdziwym liderem czy podróbką. Staje się to szczególnie widoczne w sytuacjach, gdy wszystkich łączy wspólny cel; wtedy jasne jest, że centralność to nie kwestia pozycji, lecz stanu, wewnętrznej gotowości do bycia odpowiedzialnym.
I być może najgłębsza prawda polega na tym, że wśród ludzi centralne miejsce zajmuje nie ten, kto ma więcej zasobów czy możliwości, lecz ten, kto bardziej kocha, kto potrafi żyć dla innych, kto stawia wspólne dobro ponad własny komfort. Brzmi to paradoksalnie, ale właśnie taki człowiek staje się tym, do którego ludzie lgną, któremu ufają i za którym idą.
Wniosek jest bardzo prosty: zbudowanie lepszego społeczeństwa jest możliwe, ale pod pewnymi warunkami. A mianowicie: gdy wewnętrznie uświadomimy sobie i zaczniemy praktykować zasady zdrowego przywództwa. Gdy koncepcja lidera przestanie być utożsamiana z właścicielem niewolników czy dyktatorem, a stanie się bliższa istocie rodzicielstwa — mentor, przykład, podmiot miłości. Postawa lidera z sercem ojca czy matki może rozwiązać wiele problemów w relacjach zawodowych, a relacje w firmach mogą stać się jak w rodzinie. Dobry przykład dają Koreańczycy, bo mają w swojej kulturze pojęcie „Shimjon” oraz fenomen „rozszerzonej rodziny”, gdy postrzegasz przyjaciół czy współpracowników nie jako krótkoterminową korzyść, lecz jako bliskich i nieobojętnych ludzi.
A na końcu, po wszystkich tych myślach i przykładach, pozostaje jedno najważniejsze pytanie, którego nie da się ominąć i które każdy musi rozstrzygnąć sam dla siebie nie teoretycznie, lecz w swoich codziennych wyborach: jak sami zachowamy się wobec odpowiedzialności? Czy cofniemy się, znajdując wyjaśnienia i usprawiedliwienia, czy zrobimy krok naprzód, nawet gdy jest strasznie i niewygodnie?
Na początku postawiono już dość niewygodne pytanie: dlaczego jedni ludzie mogą spokojnie patrzeć na cierpienie świata, na wojny, biedę, niesprawiedliwość, czytać wiadomości i żyć dalej, jakby nie miało to z nimi nic wspólnego, a inni odczuwają to jako wewnętrzny ból, coś osobistego, jak powołanie, jak pytanie, na które nie można nie odpowiedzieć?
Podsumowując wszystkie nasze rozważania, zaczynamy rozumieć, że dobrego lidera niepokoją te pytania. A ściślej — nie po prostu dobrego, lecz lidera na wielką skalę. Jeśli niepokoją mnie sprawy mojej rodziny — zostanę liderem rodziny; jeśli niepokoją mnie sprawy kraju — zostanę liderem kraju; a jeśli niepokoją mnie sprawy ludzkości — zostanę liderem na skalę światową.
W takich momentach jesteśmy zmuszeni zapytać samych siebie: czy będę człowiekiem, który pozostaje „pośrodku”, czy człowiekiem, którego serce jest zdolne objąć cały świat?
Bonus: kino jako podręcznik przywództwa
Jestem miłośniczką kina, więc grzechem byłoby nie podzielić się z wami przykładami świetnych filmów. Temat dobrego przywództwa mocno wybrzmiewa w takich filmach jak „Przełęcz ocalonych” Mela Gibsona, „Lista Schindlera” Stevena Spielberga, „Interstellar” Christophera Nolana, „Gladiator” Ridleya Scotta oraz „King Richard: Zwycięska rodzina”.
Aby poczuć, jak zostać liderem, zaczynając od najniższych szczebli, mogę polecić takie filmy: „Ostatni samuraj”, „Siła spokoju”, „Jak zostać królem”, „Gra Endera”. Te filmy opowiadają o tym, jak stać się pokornym uczniem wobec losu i życia, więc sądzę, że to pozycje obowiązkowe.
Kwestie odpowiedzialności i przywództwa dobrze pokazano w takich obrazach jak „Piąty element”, „Interstellar”, „Waleczne serce”, „Snowpiercer: Arka przyszłości”, „Milczenie” (w reżyserii Martina Scorsese, swoją drogą). A także „Diuna”, animacja „Vaiana: Skarb oceanu” i wszystkim znany „Matrix”.
Chyba, aby dać pełną charakterystykę zbiorowego obrazu lidera z tych filmów, trzeba by poświęcić niejedną godzinę, ale mogę zaoszczędzić wam tę cenną walutę i przedstawić swój skromny raport: wszyscy ludzie na pozycji liderów są tam tymi, którzy zasłużenie otrzymali swoją pozycję nie przez wygryzanie zwycięstwa, nie przez chodzenie po głowach, lecz przez poświęcenie, oddanie i wspomniane już rodzicielskie serce.
UK
EN
